Blue Flower

       Przez wiele lat traktowałem opowieści swojego Ojca z nie dość skupioną uwagą. Pocieszam się jedynie, że nie jestem wyjątkiem.  Cóż bowiem ciekawego, zaskakującego lub intrygującego mógł powiedzieć synowi zaczytanemu w wielkiej literaturze? Zbyt późno dostrzegłem  ukryte w Jego opowieściach  prawdy o życiu, których nie znajdzie się w dziełach najbardziej genialnych pisarzy, zbyt późno odkryłem w nich obrazy historii, których trudno szukać w najbardziej wnikliwych opracowaniach naukowych. 

       Ojciec miał w sobie potrzebę opowiedzenia swoich doświadczeń, gdyż był przekonany, że  Jego życiem kierowała  historia wielka i straszna, gdyż miał świadomość, że  pokolenia wcześniejsze i późniejsze nie były tak okrutnie przez historię dotknięte.  Tak więc tylko mój brak pewnej wrażliwości, którą odnalazłem w sobie zbyt późno, spowodował, że tekst ten jest oparty na zapamiętanych w różny sposób fragmentach narracji, których, niestety,  nie notowałem. Zbyt późno zacząłem wypytywać o konkretne daty i miejsca, o fakty, dzięki którym mógłbym zbudować wierniejszy Jego portret i  pełniejszy obraz świata, w którym dorastał i żył. 

       Po życiu Ojca i Jego rodzeństwa historia przejeżdżała z subtelnością sowieckiej tankietki. Zniszczyła ich dzieciństwo, skazała na los wypędzonych i na obcowanie ze złem totalnym. Jednak tym złem się nie skazili.

        Zawsze  swoim życiem  tworzymy jakąś przypowieść. Często  jest to gorzka historia   o złu, zawiści lub podłości. Najpowszechniej jednak swoją egzystencją  budujemy narrację  o zagubieniu, o cichej rozpaczy i bolesnym nienasyceniu, o uporczywym wspinaniu się i spadaniu  lub o zdecydowanym kroczeniu do przodu. Bywa też nasze życie przypowieścią niepewnym kluczeniu, o bezradnym błądzeniu.

        Życie mojego Ojca jest przypowieścią o dobru, które potrafiło oprzeć się złu doświadczanemu w dzieciństwie i  młodości. A piszę tutaj o złu najstraszniejszym, gdyż  był On  świadkiem Holocaustu, doświadczył  polsko-ukraińskiej nienawiści oraz  posmakował  niemieckiego i sowieckiego totalitaryzmu. To wszystko, o czym z przerażeniem, zadziwieniem i niedowierzaniem dowiadywałem się w trakcie lektury książek historycznych, działo się na Jego oczach.

       Początek tych „opowieści zapamiętanych” ma swoje miejsce w Słobódce Muszkatowieckiej. To tam znajdowało gospodarstwo Stanisława i Franciszki Pachniowskich.  Leżała ta  Słobódka w gminie Wołkowce (w jej skład wchodziły: Słobódka Muszkatowiecka Muszkatówka, i Wołkowce). Gmina ta była częścią powiatu borszczowskiego należącego do województwa tarnopolskiego. Szczególną cechą tej ziemi było sąsiedztwo z  Rumunią i ZSRR. W okolicach Okopów Świętej Trójcy  zbiegały się trzy granice. W opowieściach Ojca często pojawiał się Zbrucz, jako geograficzny punkt odniesienia. Miejscowości, w których działy się opowiadanie przez Ojca wydarzenia często leżały  przed Zbruczem, za Zbruczem lub  nad Zbruczem. 

        Życie mojego Ojca powinno ułożyć się według sprawdzonego scenariusza: jako najmłodszy syn Stanisława i Franciszki miał zostać na ich gospodarstwie i je rozwijać,  albo też spektakularnie (takie modne słowo)  przepić lub przegrać w karty. Jednak nie mógł  z tych mórg kupionych za kanadyjskie dolary[1] czerpać korzyści, bo mając trzy lata (około roku 1930)  został sierotą i opiekę nad nim zaczęło sprawować małżeństwo Baczyńskich, którzy przejęlo gospodarstwo za opiekę nad najmłodszymi dziećmi (Kazimierz – Ojciec i stryj  Leszek). Siostry Weronika i Bronisława „poszły na służbę do księży”. Najstarszy, Jan, wkraczał w dorosłość i po pewnym czasie przejął opiekę nad Ojcem.  Pisząc o losie ciotki Weroniki i ciotki Bronisławy użyłem cudzysłowu, bo nie wiem na czym ten ich pobyt  na plebaniach miał polegać. Mogę tylko napisać, że ciotka Weronika do śmierci pozostawała „na służbie” u wielebnych, ciotka Bronisława po osiągnięciu pełnoletności opuściła swoich dobroczyńców i już zawsze trzymała się daleko od kościoła i kapłanów. W takich dość szczególnych okolicznościach Ojciec ukończył w roku 1939 klasę czwartą szkoły powszechnej w  Słobódce.

        Życie mojego Ojca było więc od samego początku dalekie od tradycyjnych i nudnych scenariuszy, zgodnie z którymi miał we wrześniu 1939 roku rozpocząć naukę w klasie piątej. Wkroczyli jednak sowieci[2] i uznali, że powinien uczęszczać  ponownie do klasy czwartej  nowej, bolszewickiej już szkoły. Czy decydował o tym powtarzaniu klasy  rok urodzenia, czy też sowieckie przekonanie o wyższości ich systemu nauczania – nie wiem, ale jest faktem, że w nowej szkole językiem wykładowym był język ukraiński a  język rosyjski był przedmiotem szczególnie ważnym. Nie nauczano też w tej szkole  języka polskiego i polskiej literatury a  nauczanie historii Polski ograniczało się do przekazu, że Armia Czerwona wyzwoliła polskich chłopów i polskich robotników niewolonych i gnębionych przez  polskich panów. W tej nowej szkole jedyną nauczycielką była Żydówka, co w pojęciu wielu najprawdziwszych Polaków było złem najstraszniejszym! I w tej z gruntu złej szkole ta żydowska nauczycielka przynosiła codziennie swoim najbiedniejszym uczniom drugie śniadanie. Nie pochodziła z Rothschildów i to codzienne dożywianie najbiedniejszych wiązało się z pewnym poświęceniem.

        Biblijna przypowieść o Samarytaninie jest refleksją o istocie człowieczeństwa,  które nie jest  przypisane ani  do  stawianych przed  nazwiskiem skrótów, ani do pełnionych zaszczytnych funkcji czy też godności. Izraelici pogardzali mieszkańcami Samarii podobnie  jak my pogardzamy Romami, Rosjanami, wyznawcami islamu i Żydami. I właśnie pogardzany powszechnie  Samarytanin nie pozostał obojętny wobec cierpienia drugiego człowieka.  Kapłan i świątynny pomocnik przeszli  obok niego obojętnie. Ani przynależność do szczególnego narodu ani też dostojeństwo pełnionych funkcji nie skłoniło ich do pochylenia się nad skrzywdzonym człowiekiem. Jedynie Samarytanin otoczył go serdeczną i bezinteresowną opieką, okazał miłosierdzie (takie ulubione słowo obłudników).

       Biblijny Samarytanin pomógł skrzywdzonemu i poszedł swoją drogą. Samarytanka  ze Słobódki też należała do narodu pogardzanego, też bezinteresownie otoczyła opieką skrzywdzone w różny sposób dzieci,  jednak  nie mogła pójść dalej swoją drogą jak bohater przypowieści biblijnej.  Samarytanka ze Słobódki została zapędzona kolbą karabinu do getta i tam skończyła swoje młode życie.

        Przez małe okienko na strychu swojego domu obserwował Ojciec (jako trzynastolatek)  kolumny Żydów pędzonych do getta w Borszczowie. Na  końcu jednej z tych kolumn dostrzegł popychaną kolbą karabinu młodą Żydówkę, która  kilka dni wcześniej dzieliła się swoją biedą z jeszcze biedniejszymi. Na widok brutalnie prowadzonej do getta  nauczycielki Ojciec zareagował głośnym i niepohamowanym płaczem, co zdarzyło mu się jedyny raz w życiu (wielokrotnie to  podkreślał).  Widziane przez Ojca kolumny Żydów prowadzone były także z Rumunii i Półwyspu Bałkańskiego[3], bo drogą przez Bukowinę  było najkrócej do licznych gett rozmieszczonych w województwach stanisławowskim, tarnopolskim i lwowskim.

        W wielu polskich miasteczkach  Galicji Wschodniej  większość mieszkańców  stanowili Żydzi, jednak  Borszczów, Muszkatówka, Słobódka, i Słobódka Muszkatowiecka nie były sztetlami. W 1939 roku  powiecie borszczowskim społeczność żydowska  stanowiła tylko 4,2% ludności (Polaków było 44,7%, Ukraińców 50,9%)[4]. W domach tej części Rzeczypospolitej  rozmawiano  po ukraińsku, po polsku i po żydowsku. Była to Polska, której obywatele modlili się  w kościele, w cerkwi i synagodze i ta różnorodność nie była dla nich niczym niezwykłym, uciążliwym lub szczególnym. Dopiero po wkroczeniu bolszewików usłyszeli, że są wśród nich krwiopijcy (polscy panowie – inteligencja, urzędnicy, policjanci, służby leśne itp.),  a po wkroczeniu  Niemców Ojciec dowiedział się  od swoich ukraińskich rówieśników, że nie może się z nimi przyjaźnić, bo jest Lachem.  

       To dorastanie w wielonarodowej Słobódce, dzieciństwo na kresach II Rzeczypospolitej, oraz wczesna młodość po okupacją bolszewicką i niemiecką zostawiły w języku Ojca trwałe ślady. W codziennych rozmowach z Nim obecne były  czorty, ditki (didki) i ciumbaryki. Ojciec buty wzuwał i zzuwał, a ktoś nieproszony się wtarabaniał. Czasem chodziło się na baciarkę, wtedy ubierało się ancug. I nie lubił też harmideru. Rosjanie, którzy przyszli do Polski w 1945 to już byli sujuźniki (ironicznie) a w trakcie obiadu padało czasem gut schmeck. Podejrzenie o mówienie nieprawdy Ojciec wyrażał powiedzonkiem co dechnie to brechnie. Zdarzały się też i przekleństwa, które  po rosyjsku brzmiały bardzo śpiewnie, ale w swojej istocie były dość wulgarne.  Jednak używał ich nieczęsto.

       Przed wkroczeniem Niemców (czerwiec 1941)  przez dwa lata uczęszczał Ojciec do sowieckiej szkoły, co jednak w sposób dosłowny  okazało się zbawienne, gdyż znajomość języka ukraińskiego uratowała Mu życie. Jako trzynastolatek zachęcony opowieściami kolegów chwalących się handlowymi sukcesami w getcie, wyniósł ukradkiem z domu bochenek chleba z zamiarem sprzedania go Żydom. Przekradł się do getta[5] i wymienił go na nowy męski garnitur, buty i komplet  bielizny.  Oszołomiony tym handlowym sukcesem opuszczając getto został zatrzymany przez patrol (Niemiec i Ukrainiec). Przekonał  żołdaków, że jest Ukraińcem i dlatego tylko skończyło się na kopniakach i bykowcu[6], którym dostał po plecach.  W swojej żołdackiej łaskawości nie odebrali jednak wytargowanych w getcie ubrań. 

       W dysproporcji między wartością zwykłego bochenka chleba i ubrań wyhandlowanych od Żydów wyrażał się głód panujący w getcie. Wykorzystywanie tej sytuacji nie było dobrem, ale w otaczającym Ojca świecie tylko głupcy z tych możliwości nie korzystali.  Ojciec skorzystał jeden raz, jeden raz spróbował wzbogacić się na tragicznym losie zamkniętych w getcie ludzi i popadł w opresję, z której się wywinął dzięki lekcjom języka ukraińskiego w złej przecież, sowieckiej szkole. Taki zbawienny paradoks.

       Wkroczenie Armii Czerwonej na kresy II Rzeczpospolitej wiązało się nie tylko z przejęciem władzy i narzuceniem obcej administracji, wiązało się to także z niepotykanym wcześniej terrorem oraz rozniecaniem nienawiści między Polakami i Ukraińcami. Istotę inwazji sowietów na Polskę stanowiła przepaść między niespotykanym wcześniej terrorem a wszechobecną propagandą, której szczególne świadectwo znalazłem w książce profesora Tomasza Grossa[7]:

Rzołnierze Armii Polskiej!

Pańsko-burżuazyjny Rząd Polski, wciagnowszy Was w aswanturystyczną wojnę pozornie przewaliło się. Ono okazało się bezsilnym rządzić krajem i zorganizować obronu. Ministrzy i generałowie schwycili nagrabione Imi złoto, tchórzliwie uciekli, pozostawiając armię i cały lud Polski na wole losu.

   Armia Polska pocierpiała surowa porażkę, od którego ona nie oprawić wstanie się. Wam, waszym żonom, braciom i siostram ugraża głodna śmierć i zniszczenie.

   W te ciężkie dni dla Was potężny Związek Radziecki wyciąga Wam ręce braterskiej pomocy. Nie przeciwcie Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej. Wasze przeciwienie bez korzyści i przerzeczono  na całą zgubę. My idziemy do Was nie jako zdobywcy, ajako wasi bracia po klasu, jako wasi wyzwoleńcy od ucisku obszarników i kapitalistów(…).

       Wszelkie możliwe błędy  ukazują kompromitujący poziom autorów tego kuriozalnego tekstu, ale ważniejsza jest jego warstwa propagandowa, zgodnie z którą Armia Czerwona wyzwalała wyłącznie zniewolone przez polskich panów niższe klasy społeczne i mniejszości narodowe. I w imię tego wyzwalania polska inteligencja, urzędnicy, wojskowi i policjanci zostali wyjęci spod prawa. Pod wpływem najniższych  pobudek (zemsta, zawiść, żądza zysku)  i w przekonaniu o bezkarności dokonywano na tychże Polakach rabunków, mordów i gwałtów. Nie trwały jednak one zbyt długo, gdyż już po kilku tygodniach sowieckie więzienia i łagry zaczęły zapełniać się także i Ukraińcami. Stalin  chciał  mieć chyba monopol na mordowanie. O pierwszej fali mordów dokonywanych przez Ukraińców na Polakach  w latach  1939-1940 Ojciec nie wspominał, co może znaczyć, że ominęła ona Słobódkę[8].  W tym czasie chodził z polskimi i ukraińskimi rówieśnikami do szkoły, w której uczyła wspomniana już żydowska nauczycielka.   Po wkroczeniu Niemców do szkoły mogły uczęszczać wyłącznie dzieci volksdeutschów. Tak więc zakończyła się formalna edukacja Ojca. Skończyły się też koleżeńskie relacje z Ukraińcami, gdy  OUN i UPA zaczęły walczyć o samostijną Ukrainę, której początkiem miała być czystka etniczna dokonana na Polakach[9]. Rodzina Ojca musiała z tego powodu  uciec ze Słobódki do Borszczowa. Na stronie www.stankiewicze.com zamieszczona jest lista ofiar ludobójstwa w województwie tarnopolskim i według tego źródła 13.11.1943 roku w Borszczowie został zamordowany Pachniowski (brak imienia i wieku)[10].  Z tego czasu pochodzi opowieść o młodym Ukraińcu (Matczak), który z rozkazu UPA miał  zabić swoją matkę. Małżeństwa polsko-ukraińskie nie były przed wybuchem wojny niczym szczególnym. Słyszałem także o tradycji, zgodnie z którą córki przyjmowały wiarę matek, synowie wiarę ojców. I tak to funkcjonowało. Związki te stały się problemem dla UON i UPA. Młody Matczak był związany z lokalnym oddziałem UPA i w domu bywał bardzo rzadko. Pewnego razu pojawił się i oznajmił swojemu ojcu, że otrzymał rozkaz zabicia matki. Stary Matczak nie oponował, ale stwierdził, że muszą to zrobić na końcu ogrodu i tam właśnie kazał synowi wykopać stosowny dół. Gdy ten wykonał polecenie ojciec zabił go i w przygotowanym dole zakopał jego zwłoki. Trudno jest dzisiaj rozsądzić, czy ten okrutny rozkaz był wyrazem skrajnego nacjonalizmu czy też miał być okrutną próbą lojalności wobec przełożonych. Sowieci po wkroczeniu w 1945 roku dokonywali publicznych egzekucji na nacjonalistach ukraińskich. Jedna z sąsiadek Ojca, nosząca nazwisko Zielińska,  wyrażała swoją radość z tak wymierzonej sprawiedliwości. Sąsiad tejże Zielińskiej, również noszący nazwisko Zieliński, uważał powieszonych za bohaterów.  Ten epizod zapamiętany przez Ojca uświadamia, że nic w tamtej społeczności  nie było proste i jednoznaczne.

       Inwazja Niemców wiązała się też z założeniem getta żydowskiego w Borszczowie. W chwili wkroczenia Niemców Ojciec  miał lat trzynaście i był świadkiem jego  tworzenia, funkcjonowania i likwidacji. Z okienka na strychu domu (o czym już wspominałem) obserwował kolumny Żydów pędzonych z okolicznych miejscowości oraz z południa Europy. W trakcie ich przemarszu wszyscy mieszkańcy miejscowości, przez które te transporty były prowadzone, musieli siedzieć pozamykani w swoich domach i nie zbliżać się do okien. W razie złamania tych nakazów konwojujący Niemcy natychmiast strzelali w stronę ciekawskich  i mało rozważnych.

       Według relacji Ojca getto utworzono na Podwalu, które było przedmieściem Borszczowa. W kwietniu 1942 roku usunięto mieszkańców tej części miasta i  osadzono tam  Żydów spędzonych  okolicznych miejscowości i  przywiezionych południa Europy. Rodziny wysiedlone z Podwala mogły zajmować mieszkania i domy opuszczone przez Żydów. Latem 1943 roku getto zaczęto likwidować. Jednak już wcześniej część Żydów wymordowano lub wywieziono. Na początku czerwca 1943 roku najstarszy brat Ojca, Jan, został zatrzymany przez Niemców i z grupą kilkudziesięciu mężczyzn zawieziony do parku, w którym przez cały dzień kopali wielkie doły. W dołach tych zakopywano później wymordowanych Żydów. 5 czerwca rozstrzelano 700 osób,  od  9 do 14 czerwca kolejnych 1800. Wszystkie ofiary pochowano w parku i na cmentarzu żydowskim[11]. Ofiary tej zbrodni przed zakopaniem rozbierano, ubrania zawożono do pobliskiego kościoła, w którym okoliczne kobiety musiały je rozpruwać w poszukiwaniu kosztowności.

        Wszystko to działo się w bliskiej odległości od domu ze wspomnianym już okienkiem na strychu. Ojciec jednak nie tylko obserwował te koszmarne sceny, gdyż pewnego dnia został zmuszony przez Niemców do zaprzęgnięcia koni do wozu i do zwożenia z terenu getta ciał pomordowanych. Trudno jest sobie wyobrazić gorszy horror dla piętnastolatka. Po pierwszym kursie do parku, w którym przygotowane były doły do grzebania zwłok, Ojciec zostawił zaprzęg i uciekł z tego mrocznego miejsca.  Około tygodnia  trwało wyłapywanie i mordowanie Żydów, którzy uniknęli zbiorowych egzekucji i uprzątanie terenu byłego getta z zalegających tam ludzkich zwłok.  Po wykonaniu tych czynności Niemcy ogłosili  Borszczów miastem judenfrei (wolnym od Żydów).  Ostatnim aktem związanym z likwidacją getta była konieczność rozkopywania masowych grobów, gdyż zaczęły one „pracować”. Zbyt mała warstwa ziemi i zbyt duża ilość  ludzkich ciał w dołach spowodowały intensywne wydzielanie się uciążliwych gazów i, jak to Ojciec określił,  „wybuchanie  gejzerów”. Groby należało rozkopać a wydobyte z nich  rozkładające się ciała ponownie pochować w głębszych dołach.  Do tej pracy zwieziono Żydów, którzy po jej wykonaniu zostali na miejscu rozstrzelani i pogrzebani.

       Niemiecką administracją w Borszczowie kierował w tym czasie landkomisarz. W opowieściach Ojca człowiek ten był ubrany w długi płaszcz ze skóry i w ręku zawsze trzymał pejcz lub bykowiec. Poruszał się on  po mieście dwukonną bryczką lub przechadzał się w towarzystwie dwóch agresywnych owczarków niemieckich.  Już sam jego wygląd wzbudzał lęk. Ten wszechwładny namiestnik państwa niemieckiego kazał sobie wybrukować podwórko macewami z rozbitego cmentarza żydowskiego.

       W czasie okupacji w Borszczowie  stacjonowali też żołnierze niemieccy. Nie wiem ilu ich było, wiem tylko, że jeden z nich wymieniał z Ojcem czekoladę za cebulę. Zapewne dieta żołnierska nie dostarczała organizmowi niezbędnych witamin i mikroelementów, dzięki czemu Ojciec zgromadził sporą ilość czekolady będącej w owym czasie szczególnie niedostępnym rarytasem. Od czasu do czasu udało się Ojcu zdobyć czosnek, za który Niemiec oddawał znacznie więcej czekolady niż za cebulę. I tylko to jedno wspomnienie Ojca z czasu okupacji niemieckiej nie było związane ze strachem, gettem  lub mordem.  Okupacja niemiecka kojarzyła się Ojcu z przede wszystkim z  prześladowaniem Żydów.  Ten „czarny sezon” pozostawił w jego świadomości przekonanie o tym, że Polacy w różny sposób pomagali tym, którym udało się uniknąć getta i ukrywali się w okolicznych lasach czy też wiejskich zabudowaniach. Ukraińcy w Jego przekonaniu Żydów mordowali lub też wydawali Niemcom.  Nie wiem, co było źródłem tak radykalnie przeciwstawnych ocen, ale wydaje mi się, że podział na dobrych i złych nie jest zgodny z podziałem na Lachów i Chachły, gdyż w każdym narodzie są  ludzie prawi, ludzie podli i ludzie wyrachowani, o czym świadczy przywołana już „Kresowa księga sprawiedliwych”.

       Na początku roku 1945 (dokładnej daty nie znam)  do Borszczowa drugi raz weszli Rosjanie. Tym razem jednak określali się mianem sojuźników w wojnie z faszystami.  Pierwszym ich dziełem było postawienie szubienic (np. w Tarnopolu), na których publicznie wieszali banderowców (opowieść o Zielińskich).  Ukraińców z UPA lub z OUN  karano w ten sposób za współpracę z giermańcami. Sowieci nie byli zainteresowani karaniem ich za zbrodnie dokonane na Polakach,  Chachły (tak pogardliwe nazywali  Ukraińców)  przede wszystkim należało tępić, bo sztuczny głód nie stłumił w nich  marzeń o własnym, wolnym państwie.

       Po wkroczeniu krasnej armii w domu zamieszkiwanym przez Ojca stacjonował szef lokalnego wojenkomatu. Ojciec w tym czasie mieszkał już ze swoim starszym bratem Janem i jego rodziną w Słobódce. Ten sowiecki oficer nie tylko nocował, ale i jadał w ich domu, gdyż  bratowa Ojca potrafiła świetnie gotować. Za dobrą kuchnię szef rosyjskiej  komisji poborowej potrafił się też odwdzięczyć (oczywiście na sposób sowiecki). Pewnego dnia przyszedł na kwaterę z informacją, że Ojciec znalazł się na listach do poboru (urodzony w roku 1927 w roku 1945 kończył lat siedemnaście). Wiadro spirytusu, zaczerpniętego wcześniej z rowu po rozbiciu przez Rosjan lokalnej gorzelni[12], spowodowało zmianę w akcie urodzenia Ojca, zgodnie z którą urodził się w roku 1928. Data ta widniała już we wszystkich jego dokumentach. Drugą formą wdzięczności było obdarowanie  rodziny Ojca niemieckimi  konserwami, których zapas przez wiele miesięcy wzbogacał ubogi, wojenny jadłospis.  Te konserwy były trofiejne, jak to określał Ojciec.  Po przejęciu niemieckiego zrzutu jego zawartość została zagospodarowana przez sowieckich oficerów. Pułkownik  wojenkomatu rozkazał  żołnierzom naładować  do pałatki[13] tyle tych konserw, ile zdołali udźwignąć i zawieźć na swoją kwaterę. W niedługim czasie sowieci opuścili Borszczów, gdyż musieli podążać na przesuwającym się frontem a  konserwy zostały.

        Pobyt krasnoarmiejców w Słobódce i Borszczowie był okazją do bliższego poznania przybyłych ze wschodu wyzwolicieli-najeźdźców. O tym, że nie przybyły do Polski bataliony moskiewskiej lub petersburskiej  inteligencji a wygłodniali  radzieccy ludzie przekonało się bardzo wielu Polaków.  W zebranych i opublikowanych przez Jana Tomasza Grossa[14] relacjach można znaleźć bardzo wiele obrazów ukazujących bolszewików wkraczających do polskich miast. Wykupywanie wszystkiego, co było w sklepach, paradowanie żon sowieckich oficerów w koszulach nocnych noszonych jak szykowne paryskie kreacje i mocowanie  budzików na nadgarstkach to tylko przykłady zachłystywania się  ludzi radzieckich złem zepsutego świata. Szli więc ci wygłodniali ludzie radzieccy na zachód z nieodstępującym ich zdziwieniem i równie niezmiennym pytaniem czasy jest? Gdyby jednak tylko do tego ograniczały się skutki inwazji tego czegoś, co nazywane było człowiekiem radzieckim, to wspomnieniom o nich  towarzyszyłoby zapewne rozrzewnienie i sentyment. Jednak marszowi tej ordy towarzyszyły przede wszystkim brutalne gwałty, mordy i rabunki, czego Polacy doświadczyli już w roku 1939. Wkraczając na tereny II Rzeczypospolitej w roku 1944 i 1945  sowieccy żołdacy nie mogli jednak już całkiem bezkarnie ulegać swoim zwierzęcym instynktom, gdyż łączyło nas tzw. braterstwo broni[15]. Sowieci doskonale zdawali sobie sprawę z żołdackich obyczajów panujących w ich armii, dlatego próbowali nad tym w jakiś sposób zapanować. I robili to w sposób niezwykle prosty i doskonale skuteczny - NKWD rozstrzeliwało natychmiast sprawców przestępstw na polskich cywilach[16].

       Historie o „sprawiedliwych” enkawudzistach Ojciec opowiadał wielokrotnie. W Borszczowie na rynku zaradna gospodyni sprzedawała gorące pierogi. Rosyjski żołnierz zjadł porcję i nie zapłacił. Kobieta wszczęła lament. Na nieszczęście dla głodomora zjawił się enkawudzista na koniu. Po wysłuchaniu skargi i wskazaniu sprawcy enkawudzista podjechał do niego, wyjął nagan i zastrzelił. Właścicielka pierogów dopiero wtedy zaczęła płakać i lamentować. Gdyby mogła przewidzieć konsekwencje swojej skargi  z pewnością przemilczałaby swoją stratę.

       Po innym sołdacie zastrzelonym przez NKWD na miejscu przestępstwa nikt chyba nie płakał. Do jednego z domów  wtargnęli czterej  krasnoarmiejcy  i na oczach dzieci gwałcili ich matkę. Dziecięcy krzyk i rozpaczliwe wzywanie pomocy okazały się tym razem skuteczne, gdyż wywołały reakcję przejeżdżających  w pobliżu enkawudzistów.  Gdy poznali przyczyną dziecięcych  lamentów  wpadli do domu, w którym zastali ostatniego gwałciciela. Pozostali uciekli oknem.  Enkawudziści kazali mu dołączyć do kompanów a gdy  ten znalazł się za oknem i zaczął uciekać został zastrzelony. Zwłok tego żołdaka nie pozwolono uprzątnąć przez kilka dni, gdyż miała to być przestroga. Może to był jedyny sposób skutecznego zapanowania nad  instynktami i absolutną demoralizacją podążającej na zachód armii?

        Ostatnie miesiące pobytu Ojca w Borszczowie i  Słobódce wiążą się z powołaniem brata Janka do Armii Berlinga  i brata Leszka do istriebitielnego  batalionu[17]. Ta ostatnie formacja nie została jeszcze gruntownie przez historyków zbadana i budzi sporo kontrowersji[18]. Z relacji Ojca wynika, że przede wszystkim formacja ta chroniła Polaków przed Ukraińcami z UPA i OUN oraz przed niemieckimi maruderami i werwolfem. Służba stryjka Leszka w istriebitelnym batalionie nie trwała jednak długo, gdyż zbliżał się termin wyjazdu Polaków z terenów zajętych przez ZSRR. Świadomie nie używam terminu repatriacja, gdyż  Polacy nie wracali do ojczyzny, ponieważ nigdy jej nie opuścili. Wyrzucono ich z obszarów Polski brutalnie najechanych  we wrześniu 1939 i formalnie oddanych państwu sowieckiemu na konferencji w Jałcie.

       O potrzebie funkcjonowania istriebitelnych batalionów świadczy przypadek  stryja Janka, który uzyskał urlop z wojska za obietnicę  dostarczania swoim dowódcom oryginalnego tytoniu (w okolicach  Tarnopola było dużo plantacji a w Borszczowie fabryka przerabiająca tytoń). Tak więc dzięki znienawidzeniu machorki przez oficerów Jan Pachniowski mógł przyjechać do Słobódki i pomóc swojej rodzinie (żona, mała córeczka i nieletni brat)  w wyjeździe do pojałtańskiej Polski.  Przyjechał z bronią i mundurze. Wieczorem do drzwi zapukali znani mu Ukraińcy, którzy oświadczyli, że musi on oddać im broń i mundur, jeżeli chce, aby jego najbliższa rodzina przeżyła. Stryj oświadczył im, że mundur i karabin ukrył w Borszczowie i umówił się z banderowcami, że spotka się z nimi następnego wieczoru. Gdy Ukraińcy stawili się w umówione miejsce nie dostali obiecanych rzeczy lecz zostali  przez stryja zastrzeleni.  Po tym wydarzeniu cała rodzina natychmiast  wyjechała z rodzinnych stron.

       Po długiej podróży i wielotygodniowym, koszmarnym oczekiwaniu na śląskim  dworcu przesiedleńcy zostali skierowani w stronę granicy zachodniej.  Rodzina Ojca dotarła do  Kłodoboku (niem. Klodebach). Ta mała miejscowość w powiecie nyskim  (województwo opolskie) stała  się ich pierwszym adresem z powojennej Polsce. Gdy wraz z lokalnym urzędnikiem odpowiedzialnym za rozlokowanie przybyszy oglądali przeznaczone do zasiedlenia domy i gospodarstwa (były one zamieszkane przez  niemieckich właścicieli), to na wielu z nich  znajdowały się ostrzeżenia Achtung Fleckfieber! (Uwaga, tyfus plamisty!). Przez dwa lata Ojciec i jego krewni mieszkali z tymi chorymi na tyfus i nie tylko się nie zarazili, ale w jakiś szczególny sposób wzajemnie się zaakceptowali.

        Niemieckie małżeństwo i ich dorastająca córka zajmowali piętro domu, na pasterze mieszkała rodzina Ojca. Trudno zrozumieć, dlaczego ówczesne władze zwlekały dwa lata z wysiedleniem Niemców[19], ale był to czas, w którym dawni i nowi mieszkańcy tej ziemi mogli się sobie wzajemnie przyjrzeć. Początkowa nieufność przeradzała się w zainteresowanie i akceptację. Pierwszym krokiem przełamującym wzajemną nieufność było zaproszenie niemieckiej rodziny do stołu wielkanocnego. I chyba bardziej od samego faktu zaproszenia podziałał na Niemców widok stołu, na którym nie brakowało  świątecznych specjałów i dobrze przyrządzonych potraw. Podobno ojciec niemieckiej rodziny stwierdził wówczas, że Polacy nie mogą być takimi barbarzyńcami, jak ich przedstawiała goebbelsowska propaganda, skoro potrafią tak świetnie gotować i nakryć stół.  Kolejne zadziwienia Niemców dotyczyły umiejętności obsługi maszyn rolniczych (snopowiązałka i kosiarka) oraz błyskawicznego zapełnienia pustych obór dorodnym bydłem.

       To cudowne zapełnienie obór było możliwe dzięki tupetowi i przedsiębiorczości stryjka Janka, który na pytanie sowieckich żołnierzy poszukujących weterynarza odpowiedział krótko ja wracz! Okazało się, że krasnoarmiejcy pędzili z terenu Niemiec zarekwirowane  (ukradzione?) wielkie stado krów, które po wielu dniach wędrówki doznały licznych okaleczeń uniemożliwiających dalszy ich transport. Stryjek po obejrzeniu zmęczonego i pokaleczonego stada postawił diagnozę i zażądał samochodu, którym wraz z Ojcem objechali okoliczne apteki (Ziębice, Paczków, Nysa)  i przywieźli  wiadra wypełnione jodyną. Następnie ojciec scyzorykiem wydłubywał w krowich racic kamienie a stryj dezynfekował rany. Po tej cudownej kuracji krowy po kilku dniach wstały gotowe do dalszej wędrówki. Nu, ty  charoszyj wracz! – stwierdzili sowieccy oficerowie i zapytali, czego za to cudowne uzdrowienie od nich oczekuje. Stryj zaproponował zapełnienie pustej obory bydłem.  W  ten sposób stał się najzamożniejszym  gospodarzem w okolicy i zdobył uznanie niemieckich współlokatorów. 

       Jednak relacje Polaków i Niemców na terenach zwanych kłamliwie odzyskanymi nie zawsze były takie piękne i szlachetne. W sąsiednim domu, również zamieszkiwanym przez Polaków i Niemców, pojawił się mężczyzna, którego  wygląd i zachowanie świadczyły o piastowaniu poważnego stanowiska państwowego (przybył samochodem z kierowcą).  Ten człowiek bardzo grzecznie zapytał, czy może na osobności porozmawiać z zamieszkującym w tym domu Niemcem. Na jego widok ów człowiek podobno pobladł ze strachu i zaniemówił. Gdy zostali sami  Polak dokonał samosądu – kazał Niemcowi położyć się na stole i bykowcem[20] odwdzięczył mu się za wszystko, co przeżył u niego będąc przymusowym robotnikiem. Po wymierzeniu tej kary (po zemście lub samosądzie) ów gość wyjaśnił polskiej rodzinie, że Niemiec był wyjątkowo brutalny wobec pracujących u niego przymusowo Polaków. Głodził ich, wymierzał sprawiedliwość bykowcem i poniżał. Była to jakoby jego zemsta za śmierć syna, który zginął na froncie wschodnim. Tę brutalność łagodziły jego żona i córka, które w tajemnicy dokarmiały gnębionych Polaków. Je też dosięgnęło specyficzne poczucie sprawiedliwości, Gdy odkrył, że żona i córka pomagają przymusowym robotnikom (czytaj niewolnikom), to w ich obecności ukarał je, oczywiście, za pomocą bykowca. Pobity Niemiec przeleżał z łóżku dwa tygodnie i umarł.

        Relacjom rodziny Ojca z „ich” Niemcami nie towarzyszyły takie brutalne sceny. Zdobyli swój wzajemny szacunek, który w sposób szczególny ujawnił się w chwili wysiedlania.  W określonym terminie miejscowi Niemcy mieli się stawić z dobytkiem  na stacji kolejowej w Ziembicach(?) odległych o kilkanaście kilometrów. Wszyscy wysiedlani pokonywali tę drogę pieszo. Ojciec zaprzągł konie do wozu i „swoich” Niemców na dworzec odwiózł. Za ten gest i chyba za wcześniejsze przejawy życzliwości został obdarowany przez głowę tej rodziny kieszonkowym złotym zegarkiem. Był z niego niezmiernie dumny, ale ukradziono mu go w wojsku, do którego niebawem został wcielony.

       Z Kłodobokiem wiąże się  też wspomnienie Ojca dotyczące (pierwszej?) randki. W ich domu „po Niemcach” był także dwukonny powóz. Przed wspomnianą randką Ojciec pięknie wyszczotkował konie, wymył powóz, udał się stosownie i udał się w kierunku Ziembic. Kilka kilometrów od Kłodoboku dopadła Go trąba powietrzna, która przewróciła  i połamała doszczętnie piękny pojazd, Ojciec  wylądował w rowie a spłoszone konie uciekły ciągnąc za dyszel i  fragmenty uprzęży.  I tak się skończyła randka i chyba miłość, gdyż o jej obiekcie nigdy Ojciec nie wspominał.

         Krótki okres życia  w Kłodoboku[21]  (około dwóch lat) zakończyło powołanie Ojca do wojska. Czynną służbę wojskową odbył w Modlinie (34 km od Warszawy), w którym położona jest największa i najlepiej zachowana forteca w Polsce – Twierdza Modlin. W Modlinie też działało lotnisko, które w owym czasie było przeznaczone do szkolenia lotników. Tam właśnie w roku 1947 stawił się poborowy Kazimierz Pachniowski do odbycia zasadniczej (trzyletniej) służby wojskowej.

        Jednostka, w której służył podlegała bezpośrednio Dowództwu Wojsk Lotniczych, które zwano  dewelotem  (skrótowiec ma modłę sowiecką jak gensek, gułag itp.). Dowódcą tegoż dewelotu był generał Kołpakow.  Rosjanin, oczywiście,  jak i inni wyżsi oficerowie. Nosili oni polskie mundury, ale mówili po rosyjsku lub też posługiwali się okropną rosyjsko-polską hybrydą językową. Tę rzeczywistość kwitowali  żołnierze powiedzonkiem Dzisiaj kluski, jutro kluski, żołnierz polski, sierżant ruski. W rzeczywistości podoficerowie i oficerowie niżsi byli Polakami, ich dowódcy w randze majorów, pułkowników i generałów byli  krasnoarmiejcami oddelegowanymi do Wojska Polskiego. I nie kluski były przekleństwem żołnierzy, ale śledzie. Wściekle słone, twarde jak podeszwy butów wojskowych i podawane bezpośrednio z beczki. Uporczywe serwowanie tego specjału wywołało bunt w czasie obiadu polegający na spontanicznym obrzuceniu tym czymś jakiegoś wyższego oficera. Żołnierze byli przekonani o czekających  ich represjach, śledztwach i szukaniu prowokatorów. Nic jednak takiego się nie wydarzyło. Sprawa została wyciszona a paskudne śledzie nie wróciły już na żołnierskie stoły. Dlaczego nie pozwolono NKWD i ich polskim odpowiednikom zareagować po bolszewicku na ten ewidentny bunt! Dlaczego nie znaleziono winnych, nie urządzono pokazowego procesu i publicznie nie wykonano wyroków?

        Tajemnic związanych ze służbą Ojca w Modlinie było więcej. Nagłe wybuchy paniki, pojawianie się w jednostce wojskowych dostojników w mundurach polskich i sowieckich, cudowne rozmnożenie się polskich i sowieckich enkawudzistów, wzmożenie dyscypliny, wzywanie na przesłuchania żołnierzy wszystkich niemal służb zdarzało się dość często i  rodziło najróżniejsze domysły. Najczęściej chodziło o znalezienie szpiega lub sabotażysty, na których trop wpadły wiadome służby. Jedna z takich sytuacji była skutkiem ucieczki pilotów myśliwcem MIG-15 do Szwecji. Mimo szczególnych starań nie udało się jednak  tego wyczynu  utrzymać w tajemnicy.

       W czasie pierwszego pobytu w wojsku (prawdopodobnie 1947-1950) ojciec uczestniczył w akcji Wisła. Nie brał czynnego udziału w wysiedlaniu Ukraińców zamieszkujących Bieszczady, gdyż na swoje szczęście był  telegrafistą i to chroniło go od wykonywania bardziej niewdzięcznych obowiązków.

       Po odbyciu tzw. służby czynnej Ojciec wielokrotnie powoływany był do rezerwy, jednak z zachowanej książeczki wojskowej niewiele wynika. Jest to specyficzny dokument, gdyż wszystkie wpisy w nim dokonane są ręką podpisanego imieniem i nazwiskiem kapitana, który w miejsce urodzenia Ojca nazwał Słoputką (powinno być Słobódka),  leżącą  w gminie Łukawiec (powinno być Wołowiec) i w powiecie Bornów (powinno być Borszczów).  Ojciec odbywał służbę zasadniczą w latach 1947-1950  a  przysięgę wojskową złożył  (według tego dokumentu) w czerwcu 1951 roku! Jest więc prawdopodobne, że twórca tej książeczki pochodził z awansu społecznego określanego ironicznie powiedzonkiem nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera[22].  W związku z dezinformacjami zawartymi w książeczce wojskowej nie mogę sprawdzić, czy ojciec był powołany do rezerwy w roku 1953, w którym miała miejsce prawdopodobnie pierwsza i udokumentowana ucieczka  pilotów  Miga15 do Szwecji. To wydarzenie spowodowało panikę w całej jednostce, której skutki odczuł też Ojciec.  Nie ma też śladu powołania Ojca do rezerwy w roku 1966[23]. Opowiadał o  udziale w przeprowadzanych nocami ćwiczeniach przed paradą wojskową mającą uświetnić obchody 1000-lecia państwa polskiego. I przez wiele nocy snu pozbawieni byli nie tylko żołnierze, gdyż przygotowania  do parady skutecznie uniemożliwiały sen także mieszkańcom  całej okolicy.

         Pod koniec lat czterdziestych władze PRL-u rozpoczęły kolektywizację rolnictwa, co po odbyciu służby wojskowej uniemożliwiło powrót Ojca do Kłodoboku.  Gospodarstwo, na którymi osiadła Jego rodzina po opuszczeniu Słobódki miało się stać częścią PGR-u czy też jakiegoś innego kołchozowego tworu. Brat Ojca doskonale znał tę rzeczywistość ze Wschodu i nie zamierzał zostać kołchoźnikiem, dlatego postanowił przenieść się z rodziną do Nysy. Tam też osiadł Ojciec. Nysa stała się  miejscem, z którego już żadne historyczne zawieruchy Go nie wysiedlały, przepędzały ani „repatriowały”. I w Nysie spędził dwa kolejne etapy swojego życia.

        Jedną ze szczególnych cech Ojca była jego odporność na wszelkiego rodzaju zbiorowe przypadłości. Mimo funkcjonowania w środowiskach, w których postawy antysemickie nie były marginalne nigdy nie użył pogardliwych określeń typu Żydziak lub  Żydek. Nigdy nie dał się zwieść  agresywnej propagandzie, nie ulegał jej nacjonalistycznym i ideologicznym bałamuctwom. Myślę, że doświadczenia z dzieciństwa i młodości bardzo mocno zaimpregnowały go na wszelkiego rodzaju społeczne fobie. W tamtym złym czasie wielokrotnie przekonał się, że nie ma lepszych i gorszych narodowości, są tylko ludzie dobrzy i źli i takich właśnie spotykał pośród napotkanych na swojej drodze Niemców, Ukraińców, Rosjan (sowietów) i Polaków. Był odporny nie tylko na nowomowę komunistów, odrzucał także  populizm i nowomowę obecnie sprawujących władzę. Wszystkich zaślepionych jakimiś ideami,  wszystkich działających wbrew logice i racjonalności nazywał FANATYKAMI.

        Odkrycie przeze mnie czytelniczych zainteresowań Ojca wiąże z pewnym zaskoczeniem. W czasie moich studiów w  mieszkaniu zaczęło pojawiać się sporo różnorodnych książek. Były to podręczniki akademickie z historii i teorii literatury, była  to klasyka literatury polskiej i światowej, były książki w owym uznawane za bestselery. Ja przyjeżdżałem na weekend, jedne książki przywoziłem, inne zabierałem nie wiedząc, że podczas mojej nieobecności są one przeglądane i czytane.  Przekonałem się o tym, gdy pewnego razu Ojciec zapytał mnie o „Złotą gałęź” Georga Frazera, którą zabrałem do akademika. Okazało się, że Ojciec zaczął ją czytać!  Szybko ją przywiozłem do domu, aby Ojciec mógł doczytać tekst słynnego antropologa kultury o religii, magii i władzy. 

       Po tym zadziwiającym odkryciu przestały mnie zaskakiwać przyswajane przez Ojca dzieła. Ślady jego czytelnictwa znajdowałem w bardzo różnych tekstach. Nigdy nie zaginał kartek, miejsca przerwania lektury zaznaczał zawsze strzępkami „Nowin Nyskich”, które ponadto zdradzały mi Jego czytelnicze wędrówki.  O tym, że nie były one oczywiste świadczy czytanie przez Ojca  „Programów i dyskusji literackich okresu pozytywizmu”[24]. Gdy zauważyłem tę książkę w jego rękach byłem przekonany, że ja odłoży po jej pierwszym przejrzeniu. Jednak nie. Czytał  liczący kilkadziesiąt stron wstęp i  czytał teksty programowe pozytywistów. Książka skierowana do wąskiego grona odbiorców znalazła w Ojcu czytelnika. Być może przyciągnęły jego uwagę pozytywistyczne idee społeczne, wokół  których owe programy i dyskusje  dotyczyły.  Nie wiem.

       W ostatnich latach w dniu imienin wnuki obdarowywały Dziadka dobrym alkoholem (koniak przede wszystkim!) i książkami, też dobrymi. I solenizant czuł się w obowiązku zarówno wypić ofiarowany alkohol jak i przeczytać sprezentowane książki. I czytał!   Ze szczególnym zainteresowaniem przeczytał „Wysiedlenia, wypędzenia i ucieczki 1939-1959” (250 stron), w której to książce mógł odnaleźć także i swoje losy. Dzieło to ukazuje przerażającą  skalę pozbawiania domów i wypędzania z rodzinnych stron zarówno Polaków, jak i Żydów, Niemców i Ukraińców. Ostatni czas to jednak lektura dzieł Normana Daviesa. Ojciec przebrnął przez „Szlaki nadziei” Normana Daviesa (600 stron). Armia Andersa i bitwa pod Monte Cassino były dla ojca tematami ważnymi. Jeden z jego kolegów jako dziecko dotarł  z Armią Andersa na Bliski Wschód i tam uczęszczał do polskiej szkoły.  Z Ojcem pracował też starszy człowiek, który z generałem Andersem przeszedł cały szlak bojowy. Nie był on dla ówczesnej władzy bohaterem. Gorsza jednak była głupota zwykłych ludzi, którzy czasem zabawiali się jego kosztem. Osobniki o wrażliwości młotka śpiewali lub nucili w jego obecności „Czerwone maki”, aby wywołać u niego wzruszenie i łzy, nad którymi nie potrafił zapanować. Był to dla tych prymitywnych typów świetny powód do śmiechu.

       Z wielką uwagą przeczytał też Normana Daviesa „Powstanie 44”(950 stron) i „Europa walczy 1939-1945”(650 stron). Do ostatnich lektur Ojca należała też „Druga wojna światowa” Antony Beevora  (ponad 1000 stron).  Nie trudno jest więc  zauważyć, że Ojciec poznawał z niezwykłym uporem historię II wojny światowej, która w zasadniczy sposób wpłynęła na jego życie i na  życie jego najbliższych. Nigdy nie zapytałem Ojca, dlaczego nie sięgał po beletrystykę związaną z interesującymi Go tematami. Nie cenił jednak chyba fikcji literackiej.  Większym zaufaniem obdarzył historyków.

       Podałem ilości stron, aby ułatwić przywołanie bardzo szczególnego obrazu:  dziewięćdziesięcioletni człowiek, w bardzo już niemodnych okularach,  pochyla się nad  wielkim tomiskiem i powoli, ale uparcie odwraca jego kartki.  I ten  obraz Ojca wpisał się w moją pamięć najmocniej.



[1] Do wyjaśnienia: dziadek Stanisław Pachniowski był w Kanadzie i za zarobione tam pieniądze  kupił w Słobódce ziemię (Zady to prawdopodobnie nazwa części Słobódki, na której leżały zakupione grunty). Czy pochodził ze Słobódki, czy osiedlił się tam po powrocie z Kanady – tego nie wiem. O fakcie pobytu dziadka w Kanadzie  Ojciec wspomniał  w trakcie naszej ostatniej rozmowy. W Internecie funkcjonuje Denis Pachniowski z Kanady.

[2] Określenie sowieci mimo swojej niepoprawności wyraża jednak istotę tego czegoś, co zawładnęło Rosją w 1917 i co wtargnęło do Polski 17 września 1939.  To nie byli przecież Rosjanie wychowani na Dostojewskim, Czechowie i Bułhakowie. To nie byli przecież  Rosjanie rozmiłowani w muzyce Rachmaninowa i Czajkowskiego.

[3] W dostępnych mi źródłach nie znalazłem jak dotąd  potwierdzenia tego faktu, jednak uważam za bardzo możliwe, że  Żydzi z Rumunii, Bułgarii i Węgier byli transportowani do gett w Borszczowie i Czortkowie.

[4] Rafał Leszczyński, Powiat borszczowski w latach 1921-1939, w: Europa Orientalis, Studia z dziejów Europy Wschodniej i Państw Bałtyckich, 6(2015), s. 75.

[5] Małe getta, takie jak w Borszczowie nie były otoczone murem i zasiekami. Oddzielano je jedynie ostrzegawczymi tablicami.

[6] Bykowiec jest swoistym symbolem świata, a którym Ojciec dorastał.

[7] W czterdziesty nas Matko na Sibir zesłali”. Polska a Rosja 1939-1042,  Wybór i opracowanie J.T. Gross, I. Grudzińska-Gross, Warszawa 1989, s. 16.

[8] Nie ominęła ona Tarnowicy Leśnej, w której babcia ze strony Mamy nocami obserwowała okolicę.  Płonące niebezpiecznie blisko domy miały być sygnałem do ucieczki ze spakowanym wcześniej dobytkiem – o tym napiszę w innym miejscu.

[9] Rzeź wołyńska wyczerpuje znamiona ludobójstwa. Według historyków wymordowano często  w okrutny sposób, od 60 do 120 tysięcy Polaków. Rzetelnym badaniom  tej tragedii szkodzi cynizm polityków, którzy wykorzystują ją w swoich doraźnych i brudnych  gierkach.

[10] Literatura na temat rzezi wołyńskiej jest bardzo obszerna. Dopełnia ją też film  Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń”. Warto jednak   zwrócić szczególną  uwagę  na „Kresową księgę sprawiedliwych 1939-1945. O Ukraińcach ratujących Polaków poddanych eksterminacji przez UON i UPA” (IPN, Warszawa 2007, opracowanie Romuald Niedzielko). Podtytuł tej publikacji wyraża jej zawartość. Autor opracowania uporządkował chronologicznie i terytorialnie udokumentowane przypadki ratowania Polaków przez Ukraińców przed Ukraińcami. I nie jest ich mało!   Ta księga pełni podobną rolę jak nagroda Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, która uświadamia nam, że  obok większości ulegającej złu, nacjonalizmowi, faszyzmowi, obok morderców, donosicieli i szmalcowników żyją także i ludzie prawi, ludzie szlachetni i bohaterscy, którzy nie ulegają propagandzie i którzy w każdej sytuacji ludźmi pozostają.

[11] Dane zaczerpnąłem z Wikipedii. Poszukuję innych źródeł dotyczących getta w Borszczowie.

[12] Sceny, które miały miejsce po wkroczeniu czerwonoarmistów do tej gorzelni, trudno jest sobie wyobrazić-  dziesiątki spitych do nieprzytomności, zamroczonych lub zataczających się żołdaków, którzy pod wpływem wypitego spirytusu ujawniali prawdziwe oblicze „radzieckiego człowieka”. Podobną historię opowiadał mój teść, który widział identyczne sceny   w Nowym Targu, gdzie także sowieci dobrali się do zasobów gorzelni.

[13] Pałatka, płaszcz-pałatka: peleryna z nieprzemakalnego materiału używana w wojsku. Może służyć jako płaszcz przeciwdeszczowy w marszu i jako namiot w czasie postoju.

[14] Gross J.T., Grudzińska-Gross I., W czterdziestym nas Matko na Sybir zesłali,

[15] Braterstwo broni to przykład nowomowy, której celem była manipulacja, indoktrynacja i zakłamanie prawdy. 

[16] Rygor ten nie zawsze obowiązywał.  Historycy i świadkowie w licznych dokumentach mówią o przyzwoleniu sowieckich władz wojskowych na rabunki i brutalne gwałty na terenach zdobytych przez krasnoarmiejców.

[17] Do istriebitelnych batalionów zarówno powoływano jak i przyjmowano ochotników. Czy do Armii Berlinga też powoływano i kto to robił? (sowiecki wojenkomat?).

[18] Balbus T., Polskie „Istreibitelne bataliony” NKWD w latach 1944-1945, w; Biuletyn IPN, nr 6(16),  2002, s. 71-75.

[19] Ojciec był przekonany, że Niemców pozostawiono, aby nauczyli przybyłych ze Wschodu obsługi maszyn rolniczych i nowoczesnego gospodarowania na roli. Czy tak było w rzeczywistości? Nie wiem.

[20] Bykowiec narzędzie wychowania i wymierzania sprawiedliwości oraz  szczególny symbol pewnego świata.

[21] Do Kłodoboku Ojciec pojechał z moim bratem kilka lat przed śmiercią. Poza miejscem, w którym stał ich dom, nie odnalazł zapamiętanych ulic ani budynków.

[22] Był to także czas kształcenia prawników na kilkumiesięcznych kursach, po których zostawali oni prokuratorami i sędziami.

[23] Państwo świętowało rocznicę państwowości, kościół rocznicę chrztu Polski. Obie te struktury rywalizowały między sobą w zorganizowaniu bardziej widowiskowych i masowych uroczystości.

[24] Programy i dyskusje literackie okresu pozytywizmu, opr. J., Kulczycka-Saloni, BN, Wrocław 1985.